wtorek, 14 grudnia 2010

Belgia (grudzień 2010)

BRUGES



10.12


Podobno wszystko dobre, co się dobrze kończy. Ale czy to znaczy, że wszystko złe, co się źle zaczyna?


Dojazd na lotnisko nie sprawił większych problemów, mimo, że piątki o tej porze bywają czasem masowego exodusu tak zwanych „Warszawiaków” do swoich wsi i pól. Pogody zimowej jednak nie dało się przeskoczyć. Od wejścia informacje o opóźnieniach. Na szczęście jest dużo sklepów na nowym Okęciu, zawsze można wypróbować najnowsze perfumy, przejrzeć nowości wydawnicze i zwiedzić mój ulubiony dział z akcesoriami dla podróżników, który w całości składa się z rzeczy, których człowiek nawet nie pomyśli, że potrzebuje, dopóki ich nie zobaczy. Ba, nie pomyśli nawet, że istnieją… W końcu wywołali mój lot, więc swoim zwyczajem przeczekałam całą kolejkę – ktoś MUSI być ostatni – i dałam stewardessie do podbicia moją kartę pokładową. Mój system wchodzenia jako ostatnia sprawdza się jak marzenie głównie w przypadku, kiedy do samolotu nie wpuszczają z rękawa, tylko z autobusu. Tym sposobem jako ostatnia w autobusie i najbliżej wejścia, pierwsza z niego wychodzę i wspinam się na schody, co pozwala mi wybrać ulubione miejsce w samolocie: koło okna przy skrzydle.


Pas startowy był zamknięty przez dwadzieścia minut, przed odlotem odmrażanie skrzydełek nie mogło nas ominąć (swoją drogą: obserwowałam bacznie pulchnego pana, który w klatce na wysięgniku z ważną miną polewał nieidentyfikowalną –dla mnie- cieczą każdy centymetr kwadratowy skrzydła; wystawiony był na wiatr i mróz, zakutany jak na wyprawę polarną; zastanawiam się, jak to się dzieje, że ludzie trafiają do takiej pracy, i jak właściwie taki zawód się nazywa; pewnie coś nudnego i ogólnego, na przykład obsługa lotniska, a nie jakoś fajnie, skrzydłoodmrażacz albo samolotopolewacz: szkoda; ciekawe też, czy ten pan ma taką fuchę na co dzień, a jak nie, to co robi, jak nie polewa….). W końcu zaczęli nas ładować do samolotu. O oblodzeniu lotniska świadczył obrazowo całkiem spektakularny orzeł, którego wywinął człowiek z kraciastą walizką wysiadający przede mną z autobusu. Koniec końców zamiast o 18.25 odlecieliśmy tuż przed 20.00.


Nie mogę się zdecydować, czy denerwuję się czy nie niejasną perspektywą dojazdu z Charleroi do Bruggi…


xxx


Jak to zwykle ze mną bywa, nastąpiła seria dziwnych zdarzeń i nic nie potoczyło się według planu. Potwierdza to moją –zasłyszaną w jakimś filmie, możliwe, że z Colinem Farellem- teorię, że plan to lista rzeczy, które się nie zdarzą.


Po pierwsze, wychodząc z samolotu natknęłam się na kolegę z podstawówki, z którym przez trzy lata wspólnie spacerowałam do szkoły i którego darzyłam miłością tak naiwną i szczerą, jaka zdarza się tylko ośmiolatkom… Przywitał się ze mną, a potem nagle zniknął. Mignął mi jeszcze przed wejściem i zaproponował, żebym dosiadła się do nich do taksówki, ale cena wydała mi się wygórowana, więc ustawiłam się w kolejce po bilet na shuttle do miasta.


Kolejka zajęła pół godziny, bilet drogi jak jasna cholera, zrobiło się w pół do jedenastej. Kiedy doszłam na przystanek, stało tam tyle ludzi, że wierzyć mi się nie chciało, że jeden autobus wszystkich pomieści. Ale dał rade. Miałam skojarzenie z namiotami na meczu quiddicha w Harrym Potterze: z tymi, co to z zewnątrz wyglądają jak standardowa dwójka, a w środku mają pięć sypialni, salę balową i kuchnię.


Z autobusu próbowałam profilaktycznie dodzwonić się do hostelu w Brugii, żeby ich grzecznie poinformować, że mam opóźnienie i będę koło pierwszej. Zastanowiło mnie mocno, że nikt nie odbierał telefonu… Postanowiłam nie tłuc się po nocy pociągiem, żeby się osobiście dowiedzieć dlaczegóż…


Podjęłam męską decyzję przejścia do planu B, czyli noclegu w Brukseli. Na taką ewentualność wydrukowałam sobie wczoraj na prędce plan dojazdu do jakiegoś hostelu, co to się cieszył przyzwoitą opinią. Szkoda tylko, że przewodnik pożyczony od moich przyjaciół twierdził stanowczo, iż ostatni tramwaj odjeżdża o 23.30. Wysiadłam przy dworcu Midi 23.18.


Autobus zatrzymał się od tyłu stacji i nie mogę powiedzieć, żeby okolica wyglądała zachęcająco. Byłam o krok od wzięcia taksówki, co robię tylko wtedy, kiedy nie czuję się bezpieczna. Ale ponieważ kilka osób szło jeszcze w stronę przystanków, postanowiłam pójść za nimi.


Po drodze mijałam dość nieciekawe widoki: murzynów w brudnych ciuchach, bezdomnych śpiących pod kocami. Na szczęście szybko ustaliłam skąd odjeżdża tramwaj, kupiłam bilet w automacie, upewniłam się, że dojadę tam, gdzie chcę, wsiadłam i odetchnęłam wreszcie czując się spokojna.


Tramwaje w Brukseli jeżdżą częściowo tak jak metro pod ziemią. Mijałam stację, obok której znajduje się Manneken Pis, który mgliście kojarzy mi się jako tytuł filmu, chociaż po prawdzie jedyny utwór o jakim myślałam wyglądając przez okno to Dzieci z dworca zoo. Jasne stacje mocno kontrastowały z szerokimi, ciemnymi tunelami ze ścianami pokrytymi graffitti. Po kilku przystankach miałam wrażenie, że jest więcej młodych ludzi, że jest jakieś życie. Niestety, stacja na której wysiadłam była kompletnie pusta i nie było to przyjemne uczucie. Szybko wydostałam się na powierzchnię i raźnym krokiem poszłam do hostelu.


Fartem udało mi się dostać do środka, ponieważ tutaj ewidentnie nikt nie słyszał o 24-godzinnej recepcji. Owszem, nie ma godziny policyjnej, ale zameldować można się tylko do 23. Na szczęście panowie w recepcji jeszcze przyjmowali ostatnich klientów.


O haśle „frontem do klienta” też chyba nikt tu nie słyszał. Recepcja dosłownie obstawiona jest znakami w stylu „ŻADNYCH KART KREDYTOWYCH PONIŻEJ 100 EURO” i „JEDNA REZERWACJA, JEDEN RACHUNEK”. Moje doprowadzone do perfekcji spojrzenie pt „jestem sama, biedna i nie mam gdzie spać” pozwoliło mi jednak złamać ich w kwestii tej karty. Co prawda cenę pokoju dostałam mało okazyjną, ale za to mam ośmioosobowy pokój dla siebie.


Swoim zwyczajem po umyciu ząbków poszłam na mały rekonesans po budynku. Mnie się dostał pokój w piwnicy, i po zamknięciu recepcji mogę się wydostać na zewnątrz tylko idąc przez skład farb i szczotek na pierwsze piętro, a potem znowu w dół z drugiej strony, ale pokoje na piętrze wyglądają bardziej typowo, mają normalne piętrowe łóżka i korytarze są pomalowane w bardzo żywych barwach. Rozczuliła mnie kartka przyklejona na gumę do żucia do jednej z sypialni: „nie zatrzaskujcie tych drzwi proszę, bo one są zepsute i nie możemy wejść ani wyjść”. Widziałam szczerze mówiąc czystsze łazienki, a i prześcieradła –mimo, że wyprane – nie do końca DOPRANE są. Ale mam dach nad głową i spokojnie mogę się kimnąć, a to najważniejsze.


Jutro przed odjazdem do Brugi przejdę się po starówce. Byłam tu już kiedyś z ówczesnym narzeczonym, ale niewiele pamiętam. Póki co to jak na europejską stolicę średnie wrażenie wywarła na mnie Bruksela.


11.12


Spało mi się mocno i cieplutko. Moja piwnica miala tylko małe, wąskie, na wpół nieprzezroczyste okienka na poziomie ulicy, więc rano nie wpadało światło i ciężko było wstać.


Hostel nie oferował śniadania, co naprawdę jest już rzadkością, za to można się było napić darmowej kawy z automatu. Co uczyniwszy, wybrałam się na spacer po mieście.


Siąpiący deszcz nie nastrajał przesadnie do wędrówek, ale postanowiłam po prostu przejść pieszo tą samą trasę, którą wczoraj przejechałam tramwajem. I tak musiałam wrócić na Midi, żeby wsiąść w pociąg do Brugii.


Poza starówką Bruksela kojarzy się z Łodzią. Niby ładne kamienice, ale w strasznym stanie, przeplatane okropnymi budynkami z lat 60. Brudne chodniki, śmieci i zapach moczu. Jedynym jasnym punktem było znalezienie małej piekarenki ze świeżutkim pieczywem, uraczyłam się więc śniadaniowo dwoma paluchami: z serem i z oliwkami.


Starówka natomiast jest urokliwa. Ciężko zwrócić uwagę na architekturę, skoro co drugi sklep to ciastkarnia albo czekoladziarnia, z ręcznie robionymi pralinami, fontannami z czekoladą, ciastami wszelkiej maści. Czekoladę odłożyłam na popołudnie, ale skusiłam się na tradycyjnego gofra na ciepło. Wybrałam wersję z sosem malinowym: smakowo świetne, ale dzięki Bogu, że ubrana jestem na czarno, bo upaździałam się od stóp do głów. Z aparatem włącznie.



Doszłam w końcu do Grand Place, głównego rynku miasta. Oczywiście stoi już na nim choinka, a po północnej stronie imponujących rozmiarów szopka. Nad wszystkim góruje wieża ratusza. Mnie osobiście najbardziej podobały się gargulce na fasadach.


Z placu skręciłam w Rue de l’Etuve, żeby odwiedzić siusiającego bezustannie od 350 lat chłopca. Jak wszyscy zrobiłam sobie zdjęcie i opuściłam starówkę, idąc „łódzkimi” ulicami w deszczu w stronę Midi.



Nadal nie wiem, czy będę wracać przez Brukselę, czy prosto z Brugii. Jeśli skończy się na tej pierwszej opcji, to źle zrobiłam nie kupując od razu biletów w obie strony, i na shuttle, i na pociąg. Zobaczymy.


Pociąg jest cichy, czysty i wygodny. Dochodzi pierwsza, za pół godzinki powinnam być w Brugi.


xxx


Brugia, ach Brugia! Piękne miasto.


Po drodze z pociągu do hostelu mijałam mnóstwo jarmarków, budek i sklepików, sprzedających frytki, gofry i hot-dogi. Oraz grzane wino i proseco, a także oczywiście piwo.


Miałam wizję, że pójdę do hostelu zostawić część gratów i pozwiedzam na spokojnie. Niestety.


Pani w hostelu powiedziała, że oni mają zapisane, że miałam rezerwację na jedną noc, a teraz mają komplet i nie ma dla mnie miejsca. Podejrzewam, że kiedy nie pojawiłam się wczoraj, któryś inteligent wymyślił, żeby skasować i drugą noc. Dzwoniłam wczoraj do nich długo, ale pani mi powiedziała z rozbrajającą szczerością, że są zbyt zajęci, żeby odbierać telefon.


Na szczęście mieli piwo wiśniowe, co pozwoliło mi nie zrobić karczemnej awantury, i darmowe WiFi, więc szybko sprawdziłam w internecie jakie mam opcje hostelowe w Brukseli, przechodząc płynnie do planu C: zdecydowałam się wrócić, żeby wykorzystać w pełni bilet na pociąg.


Otóż jak już pisałam, nie chciałam kupować od razu w dwie strony, bo liczyłam na połączenie Brugia-Charleroi. Takowego nie ma, nawiasem mówiąc, ale o tym dowiedziałam się dopiero na miejscu. Pojedynczy bilet kosztuje 13 euro, weekendowy powrotny 14, ale pan w okienku zaproponował mi bilet shopping za 9, z powrotem tego samego dnia. No i jak się okazało, że i tak nie mam gdzie spać, to postanowiłam wieczorem wrócić do stolicy.


Zresztą na Brugię wystarczy jeden dzień. Jest urokliwa i możnaby tam posiedzieć, ale nie mam poczucia straty, że czegoś nie obejrzałam. Pogapiłam się na rynku na łyżwiarzy, poszłam do bazyliki, gdzie przechowywana jest święta krew, przepłynęłam motorówką kanały. Nie weszłam na wieżę z czystego skąpstwa: 8 euro za wątpliwą przyjemność pokonania 365 schodów w klaustrofobicznych warunkach, w górę i w dół? Nie, dziękuję.


Bazylika mi się podobała, tzn nie ta część, gdzie siedzi pan ksiądz, a przed nim relikwia, którą można dotknąć i przy której można się pomodlić. Przed księdzem stoją świeczki zapalane w intencji, po promocyjnej cenie 50 centów (za każdym razem mnie rozbraja, na czym Kościół może stare babcie wyrolować z ostatniego grosza…). Podchodzi się do krwi po kolei, a po każdym petencie pan ksiądz przeciera puzderko miękką szmatką. Ma być nabożnie, de facto efekt jest komiczny.


Cała ta część bazyliki jest mocno zdobiona i kolorowa, ale na dolnym poziomie jest jakby drugi kościół, drugi ołtarz, otoczony surowymi murami i gotyckim sklepieniem. Tam mi się podobało.


Na łódkę trafiłam niejako przypadkiem, pałętając się po mieście. Zapytałam o cenę, nie było zbyt drogo, ale jeszcze nie przekonana weszłam do pubu obok, uzupełnić stężenie piwa wiśniowego we krwi.



Wnętrze cudne. Wysokie stołki, szafa grająca, menu piw dłuższe, niż broda świętego Mikołaja. Nadymione, ale do piwa to w sam raz. W barze ma być jak w barze, a nie jak w restauracji rodzinnej. Dosiadłam się do pary Anglików, bardzo podekscytowanych, że w Belgii można palić i zdziwionych, że im Unia zabroniła, a u siebie nie dała rady. Chociaż podejrzewam, że to tak jak z Włochami i Hiszpanią. Można im owszem zabronić palić wszędzie, ale wyjdzie się tylko na głupka, bo nikt tego nie wyegzekwuje. Tak czy siak, Anglicy polecali gorąco spływ motorówką, więc popłynęłam.


Trafiłam na dobrą porę, tuż przed zachodem słońca, więc kamienice wzdłuż kanałów prezentowały się imponująco. Taka Wenecja, ale średniowieczna. Wszystkie budynki są z XIII i XV wieku, kolorowe albo z gołej cegły, w charakterystycznym, spiczastym kształcie. Płynie się wzdłuż tych cudeniek około pół godziny, mijając po drodze wyraźnie rozeźlone ruchem kaczki i łabędzie, i przepływając pod mostkami czasami tak niskimi, że trzeba skłonić głowę.


Wysiadłam podekscytowana, bo zmrok już zapadł i miasto rozświetliły miliony lampek. Pognałam na Markt nacieszyć oczy widokiem, zjadłam frytki z majonezem, które do tej pory leżą mi na wątrobie, i spacerem poszłam na stację.



Fartem okazało się, że pociąg jedzie nie tylko do Midi, ale dalej do Nord i nie będę musiała przesiadać się w metro. Trochę pokręciłam się po okolicy szukając hostelu, ale dotarłam na czas (dzwoniąc z Bruges nie mogłam zostawić numeru karty, bo takowej nie wzięłam – błąd- i pan nie zgodził się trzymać mi rezerwacji dłużej niż do ósmej) i rozlokowałam się w pokoju. Są tu ślady innych mieszkańców, ale pewnie jeszcze szaleją na mieście. Gorąco jest tak, że moja Mama musiałaby spać na parapecie od zewnątrz. Przykręciłam grzejnik, uchyliłam okno.


Wyskoczyłam na małą kolację, bardziej z nawyku niż z głodu, i może szkoda, bo poza Pizza Hut nic w okolicy ciekawego nie było, więc można było sobie odpuścić.


Nie mieszkam może w luksusach, ale widok mam na Sheraton! I biureczko jest, więc mogę sobie spokojnie popisać. Czysto do przyjęcia, pościel wykrochmalona, aż szeleści, śniadanko rano podadzą. Zbieram się, żeby pójść pod prysznic, ale coś się zebrać nie mogę.


Jutro się wyśpię, ile dam radę, a potem przejdę to miasto spacerem, od stacji północnej aż do południowej. Mam na to cały dzień, samolot odlatuje dopiero o 21, wiec pewnie koło 18 będę celować na shuttle’a.


12.12


Pierwsza pobudka: 6 rano. Dwie koszmarne Azjatki w moim pokoju. Najpierw wieczorem jedna szczekała przez Skype’a w tym swoim okropnym języku, potem obie przed świtem pakowały się tak głośno, że myślałam, że je uduszę. Na szczęście w końcu poszły w cholerę i zdrzemnęłam się jeszcze trzy godninki.


Wstałam na śniadanie, napiłam się kawki, ogarnęłam rzeczy i wyszłam na miasto. Przespacerowałam się ulicą handlową Rue Neuve, weszłam w zakamarki starego miasta, kupiłam tartę z ryżem (!), załapałam się na darmową degustację pralinek. Minęłam setki sklepów z pamiątkami i odkryłam, że im więcej podróżuję, tym mniej kusi mnie zwożenie do domu badziewia, z którym nie wiadomo co zrobić. Jeśli coś wpadnie mi w oko, kupuję, ale nie mam potrzeby przywiezienia czegoś zewsząd. Bardzo to ekonomiczne. Za to przywożę coraz więcej zdjęć i coraz dłuższe blogi… Sama się dziwię, że z de facto dwóch dni piszę już szóstą stronę… Ale widać tak ma być.


Tuż przed deszczem zdążyłam do katedry, która jest bardzo przyzwoita, strzelista, gotycka i z pięknymi witrażami. Poza mocno rzeźbioną amboną nic nie przykuło jednak mojej uwagi. Miłym akcentem były ogłuszająco bijące dzwony, kiedy już wychodziłam na zewnątrz.


Dłużej zabawiłam przy Bourse, gdzie rozstawiono stragany z rozmaitym jedzeniem: pachnie kiełbaskami, grzanym winem, goframi i naleśnikami. Ale zjeść można także ziemniaki duszone z boczkiem, śmietaną i ziołami, hiszpańskie churros, lokalne podejrzanie wyglądające kiełbaski, hamburgery. Skuszona przez kolegę, który udzielał mi rad na Facebooku, wybrałam jednak pana sprzedającego w budce ślimaki i mule. Podobno znany jest na całą Belgię, i rzeczywiście, obklejony ma ten straganik informacjami o sobie z gazet rozmaitych. Niestety, nie był to strzał w dziesiątkę… Wybrałam po pół porcji obu specjałów. Ślimaków nigdy przedtem nie jadłam, więc być może po prostu ich nie lubię. Podawane w rosołku, były dość twarde i gumowate. Mule za to normalnie uwielbiam, ale na zimno podano mi je po raz pierwszy, i nie był to udany eksperyment. Kiedy pan sprzedawca zajął się kolejnymi klientami, większość porcji wylądowała w pobliskim koszu.


Dużo czasu poświęciłam na znalezienie Jeanneke Pis, siusiającej dziewczynki postawionej w mieście dla towarzystwa dla Manneken Pis. Gdyby nie nawigacja w telefonie, pewnie bym jej nie znalazła, jest schowana w maleńkiej uliczce odchodzącej od także niewielkiej Rue Grétry. Na tej ostatniej ulicy skupiły się chyba najfajniejsze restauracje w całym mieście, kuszące rozłożonymi na lodzie homarami, ostrygami i mulami. Ale w menu także fondue, steki i kuchnia włoska. Uliczka jest wąziutka i osłoniona markizami od zewnętrznych warunków atmosferycznych. Stoliki są i w środku, i na zewnątrz. Gdybym miała w planach obiad, pewnie bym tu gdzieś przysiadła.



A tak wybrałam uroczy pub na rogu Grétry de la Fourche, który skusił mnie znakiem o darmowym WiFi. W środku półmrok, z głośników sączy się Katy Perry, czego tu nie lubić? Zamówiłam piwo o wdzięcznej nazwie Morte Subite, co moim zdaniem oznacza nagłą śmierć, ale póki co – po połowie kufelka – żyję i mam się dobrze.


Mam do zagospodarowania około czterech godzin. Zastanawiam się, czy dla porządku nie pójść w stronę ronda Schumana, gdzie stoją budynki administracyjne Unii. Na pewno tuż po zmroku chcę wrócić w okolice Grand Place.


xxx


Twarda byłam do końca, nie dałam się. Na nawigację poszłam do dzielnicy Unii Europejskiej, obejrzalam, co było do obejrzenia, znalazłam Parlament. Niby wszystko ładne, ale ja wiem, czy takie szczególne. Dużo szkła, trochę metalu. Bardzo nowocześnie.



Wracając poszłam trasą obok Pałacu Królewskiego, przed którym także stoi ładna choinka. Stamtąd malowniczą uliczką w dół wracałam do Grand Place. Widok mnie zachwycił. Rozciąga się u stóp całe dolne miasto, park, który jest de facto kobiercem z krzewów, majaczą wieże ratusza. Zapadał zmrok i na ulicach rozbłysły już światełka bożonarodzeniowe, ale co ciekawsze latarnie w różnych kolorach: na jednej ulicy czerwone, na drugiej niebieskie… Fantastyczny efekt. Na Grand Place trafiłam na uroczy pokaz światła i muzyki: na fasadzie ratusza jak na ekranie wyświetlany był to padający śnieg, to święty Mikołaj robiący fikołki, to ganiające się postaci z kreskówek. Do tego rytmiczne dźwięki. Fajne.


Dalej wstąpiłam do kilku sklepów z czekoladą, kupiłam sobie trzy pralinki „na już” i po pudełku dla rodziców. Nagle zrobiła się prawie szósta. Szybko wsiadłam w metro –nogi odmawiają mi od wczoraj już posłuszeństwa- i pojechałam na Midi. Stamtąd shuttle’m na lotnisko.


Powiedzieć, że Charleroi to niewielkie lotnisko, to niedomówienie. Jeden sklep. Jeden bar samoobsługowy. Dwanaście bramek. Nie ma rękawa do samolotu, nie ma też autobusu. Do samolotu idzie się po płycie. Ale za to bar rzeczony miał świetny bar sałatkowy, więc załapałam się w końcu na coś zdrowego…


Opóźnienie, a jakże, ale tylko koło pół godzinki, więc prawie się nie liczy. Lecę teraz i rozmyślam, co mi się podobało, a co nie. No więc Brugia na plus. Bruksela ma swoje momenty, nie powiem, ale cytując klasyka: „chodzi o to, żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów”. Ludzie w większości na minus. Zdepczą w przejściu, nie pomogą. Dużo napływowej ludności, więcej chyba słyszałam hiszpańskiego niż francuskiego na ulicach, a już na pewno więcej jest kolorowych, niż białych. Jedzenie na ulicach na plus, poza ślimakami. Pogoda na cztery z minusem, bo słońce w grudniu to ładnie, ale po co ten deszcz. Ogólna ocena: chyba zadowalająca, bo z uśmiechem myślę o tym weekendzie. Ale nie wiem, czy jeszcze wrócę do Belgii.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz