Do Sztokholmu trafiłam trochę przypadkiem, przez plany taryfowe linii lotniczych i zachęcona zachwytami mojej Mamy.
Przyjechałam w nocy, przywitał mnie deszcz. Znalazłam hostel, zjadłam jeden z ostatnich nieśmiertelnych gorących kubków, porozmawiałam z Peruwiańczykiem z recepcji i ułożyłam się do snu.
Kiedy się obudziłam, odkryłam ku mojemu zdumieniu, że jest grubo po dziesiątej. Mocno spałam. Szybkie śniadanie (przez rok nie tknę więcej owsianki, serio!) i jeszcze szybszy spacer pod Pałac Królewski, żeby zobaczyć zmianę warty. Nie udało się, były jakieś obchody państwowe i nie można było tam dojść.
Nic nie szkodzi. Skoro już byłam na Gamla Stan, czyli Starówce, obeszłam co się dało, podziwiałam wąskie uliczki i kolorowe kamienice. Usiadłam pod Centrum Noblowskim i padłam ofiarą grupy Amerykanów, którzy chyba zwiedzali Sztokholm w formie gry terenowej: musieli dotrzeć w różne miejsca i zdobyć różne informacje. Co chwila ktoś z nich wpadał zdyszany na plac i pytał, czy jestem Szwedką i czy nie wiem może kto tu jest premierem.
W końcu znudziło mi się odpowiadać na ich pytania i poszłam w stronę rzeki. Popatrzyłam na zwieńczony trzema koronami budynek Ratusza, w którym co roku odbywa się bankiet dla laureatów nagrody Nobla. Wróciłam spacerem przez Drottninggatan, pasaż handlowy, i minęłam po drodze targi żywności z różnych krajów świata. Były włoskie canoli, australijskie hamburgery, hiszpańska paella i polski bigos i pierogi.
Zgłodniałam od patrzenia na to wszystko, więc postanowiłam załapać się na lunch w którejś z restauracji. Znalazłam taką, która za rozsądną cenę oferowała sałatkę, pieczywo, kawę, wodę i jedno z trzech dań do wyboru. Po ubogim barze sałatkowym (została tylko zielona sałata i rodzaj kuskusu albo może kaszy gryczanej), zdecydowałam się na klopsik, podany ze świeżą żurawiną na pureé ziemniaczanym, ozdobiony czymś, co wyglądało jak rukola na długiej łodyżce, a smakowało kwaskowato, jak szczaw. Przepyszne! Najedzona i szczęśliwa poszłam na podbój miasta.

Dawno już odkryłam, że każde miasto najlepiej wygląda z wody, a zwłaszcza takie, które leży na czternastu wyspach i ma ponad pięćdziesiąt mostów. Kupiłam więc bilet na turystyczny statek i przez dwie godziny podziwiałam Sztokholm od strony morza. Najpierw widok na Pałac Królewski, podobno największy w Europie. Potem ulica Strandvägen, rzekomo jeden z najlepszych adresów w mieście. Dalej wielkie wesołe miasteczko z kolejkami i karuzelami na sam widok których ścisnęło mnie w żołądku. Przez śluzę wypłynęliśmy z Bałtyku na jezioro, dla zabicia czasu słuchając opowieści jak z bajki, o księżniczce-następczyni tronu, która w 2010 roku poślubiła swojego trenera fitnessu. Dalej mijaliśmy piękne plaże (niewiele miast może się poszczycić tak czystą wodą, że można w niej pływać), ogródki działkowe, które są obiektem pożądania mieszkańców miasta (a myślałam, że to polski wymysł...), nowoczesne osiedla, energooszczędne i ekologiczne, które wyrastają nad brzegami, porty z zaskakującą liczbą nie najtańszych w końcu jachtów i łodzi motorowych, w tle góra z wyciągiem narciarskim.
Gdzieś po drodze beczki wódki, upamiętniające oryginalną lokalizację fabryki Absoluta. Wielkim kołem wokół kilku wysp wróciliśmy do portu.
Krótka chwila w hostelu na spakowanie się przed podróżą i sprawdzenie, co w sieci piszczy, a na wieczór zaplanowałam wypad do pubu. Dość długo szłam, zanim wpadł mi w oko taki, który mi się podobał. Poprosiłam o lokalne piwo i dostałam kufel bardzo dobrego Svea Ipa. Wracałam w padającym deszczu, i pod samym hostelem zahaczyłam jeszcze o restaurację, w której -dla rozgrzania, rzecz jasna- wypiłam kieliszek Pinot Noir. Nie wiem, czy to od dwutygodniowego odwyku, czy od ceny tego kieliszka, ale zakręciło mi się w głowie i postanowiłam iść spać.

Samolot mam o 14.00. To dobra godzina. Można się wyspać, wyjść na śniadanie, spokojnie dojechać do oddalonego o półtorej godziny lotniska Skavsta. A potem: witaj, Warszawo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz